niedziela, 25 lutego 2018

BSD I - Part 2 - Co Ty tu robisz cholerna gnido?

Dazai zachował całkowity spokój i z lekko przekrzywioną w typowy dla niego sposób głową oraz uśmieszkiem, który nie mógł wróżyć niczego dobrego, najzwyczajniej w świecie stał, otoczony przez członków Portowej Mafii. Minęły raptem niecałe trzy lata od ostatniego razu, gdy on sam nosił czarne ubrania, a już teraz nie poznawał większości twarzy. Choć wkrótce sam siebie uświadomił, że przecież nigdy nie przejmował się zwykłymi ludźmi. Nawet w Mafii, a może zwłaszcza w niej, istniało niezwykle wielkie zbiorowisko nudnych postaci.
Członkowie Mafii milczeli. To nie był jakiś debilny film żeby przekrzykiwali się pytaniami. Nawet tutaj, na najniższych szczeblach, znano hierarchię i pamiętano, jak traktuje się ludzi, którzy jej nie cenią. Poza tym, Mafia chciała zrobić wszystko, by wydarzenie wyglądało, jak przybiegnięcie ochroniarzy do nieuprawnionego wejścia. Początkowe scenariusze, które się urzeczywistniły wykluczyły całkiem sporą ilość alternatywnych wersji tego dnia, które przemyślał Osamu.
Mężczyzna nie wiedział jednak, czy powinien już użyć karty przetargowej w postaci swojej dobrej znajomości z samym szefem Mafii, czy jeszcze z tym zaczekać, aż sytuacja przybierze gorszy obrót. Jego wątpliwości zostały rozwiane niezwykle szybko, gdy zamiast pytania o to, kim jest i czego chce, którego się spodziewał, usłyszał coś zupełnie innego.
- Pan Dazai?
Och? Czyżby usłyszał lęk w tym pytaniu? Osamu uśmiechnął się. Czyli choć niektórzy go pamiętali. Trudno wszakże zapomnieć o najmłodszym herszcie w historii, a co więcej, jednym z pięciu hersztów służących bezpośrednio samemu Szefowi? Dodatkowo, mafijny przywódca nigdy nie zezwolił nikomu zająć miejsca Dazaia, bo nikt nie okazał się godny. Wokół samego nazwiska wyrosły już legendy, które na szczęście Osamu nie dorastały nawet do pięt prawdzie.
Przez otaczający go tłum przeszedł szept. Kilkoro z nich nawet opuściło broń, a inni patrzyli na niego z jawnym przerażeniem lub niedowierzaniem. Osamu skinął twierdząco głową. Jeżeli udałoby mu się wejść tylko ze względu na lęk, który niegdyś budził, byłaby to najlepsza możliwa opcja. Zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później informacja dotrze do Pana Moriego, ale im później, tym dla Dazaia lepiej.
Gdzieś w głębi jego duszy odnalazła się cząstka, która tak dobrze czuła się w Mafii.
- Opuszczanie broni w towarzystwie nieznanego przeciwnika? Żałosne. – podsumował krótko.
Szepty niektórych mężczyzn z bojaźliwych zmieniły się we wściekłe. Już nie obchodziło ich, jakie legendy o nim krążyły. Najważniejszym było to, że opuścił Mafię żywy. Z własnej woli. Że był zdrajcą.
Ale nie zdawali sobie sprawy z tego, jak dobrym strategiem jest Osamu. W obecnej sytuacji, wbrew pozorom, był na wygranej pozycji. Większość wymierzanej do niego broni stanowiła najzwyklejsze pistolety. Osoby na niższych szczeblach nie dostawały najnowszej broni. A stara, cóż bywała wadliwa. Dodatkowo, Dazai poznawał po sposobie, w jaki stali oraz, w jaki trzymali pistolety, że są w większości dość nowi. Osamu nie potrafił jedynie stwierdzić, czy nie przećwiczyli jeszcze pracy w tejże grupie i są niepewni zachowań kolegów, czy wynika to raczej z faktu ich niedawnego przyjęcia do Mafii. Zakładał, że pewnie po trochu z obojga tych powodów.
Rozpoznał kilka twarzy. Wszyscy, którzy znali go z poprzedniego epizodu w życiu, nie odważyli się podnieść na niego broni.
- Panie Dazai, nie wypada mierzyć do herszta. To wielka obraza.
- Byłego herszta – poprawił go Osamu.
- Szacunku zdobytego przez lata i krwi przelanej własnymi rękoma nie da się zmazać tak łatwo – odparł jego rozmówca.
- O niektórych rzeczach wolałbym zapomnieć – zaznaczył spokojnie brunet.
Na bardzo długą chwilę zapadła nerwowa cisza. Dazai zdawał się być najspokojniejszy ze wszystkich.
- Wolno nam spytać o cel wizyty, Panie Dazai?
- Nie – odparł Osamu, na którego twarzy powoli pojawiał się bezlitosny wyraz, potęgowany przez martwe oczy byłego herszta.
- W takim wypadku prosilibyśmy o opuszczenie posiadłości. Nie chcemy przecież żadnych kłopotów.
- Nie chcemy, oczywiście – zgodził się z nim z lekkim uśmiechem i podniósł obie ręce w obronnym geście, który przez niezwykle irracjonalny uśmiech, nie wydawał się zbyt poważny.
Dazai rozczarował się. Przez krótką chwilę wierzył, że może uda mu się rozwiązać to całkowicie pokojowo i bez rozlewu krwi, wszakże tej w jego historii nie brakowało. Nie zamierzał jednak się poddawać.
Ktoś spanikował, gdy Osamu powoli zaczął się wycofywać i wystrzelił. Huk odbił się echem po wielkim pomieszczeniu i jego echo było jedynym dźwiękiem, który rozbrzmiewał w sali, w której nagle zapadła głucha cisza.
Po policzku Dazaia zaczęła powoli spływać krew. Osamu w życiu nie zdążyłby się uchylić. Był tak zaniepokojony przez brak towarzystwa Chuuyi, że zapomniał o przewidywaniu ruchów przeciwnika. Swoje życie zawdzięczał jedynie roztrzęsionej ręce przerażonego maluczkiego pionka i braku odpowiednio dokładnej broni.
Mężczyzna potarł piekący policzek z wyrazem zaskoczenia malującym się na twarzy. Zaskoczeniem oraz lodowatą furią. Z prędkością światła rzucił się w tył i opierając na bramkach zdzielił stojącego za nim najbliższego mężczyznę łokciem w brzuch i bez najmniejszego problemu wyrwał pochylającemu się człowiekowi pistolet z ręki.
- Nawet jej nie przeładowałeś idioto – stwierdził, spoglądając z pogardą na siedzącego na ziemi mężczyznę z bólem wypisanym na twarzy.
Dazai poprawił broń w dłoni, dokładnie rozpracowując jej parametry. Dobry strateg ustala plan na bieżąco. Doskonały strateg doskonale wie, jaki przebieg będzie miała akcja w zależności od kilku zmiennych. Wymierzył broń do jednego z ludzi stojących naprzeciw niego.
- Mógłbyś się proszę przesunąć żebym mógł przejść?
Kiedy nikt nie zareagował na jego prośbę, Osamu czuł, jak wracają do niego stare nawyki.
- Przeciwnik właśnie zaatakował jednego z waszych, a wy zamiast coś zrobić, stoicie, jak wmurowani. Rany, nawet mafia schodzi na psy.
Dopiero wówczas żołnierze odzyskali rezon. Zgodnie z planami Dazaia zresztą, dosłownie sekundy przed pierwszymi wystrzałami, mężczyzna ukucnął i rzucił się w stronę największej luki, jaką widział pomiędzy otaczającymi go pionkami mafii. Jeszcze turlając się po podłodze, odnalazł wzrokiem mężczyznę, który wcześniej go postrzelił. Oddał, jeden, czysty strzał i wśród ogólnego zdziwienia na ziemię bezwładnie opadło ciało. Nie zapomina się umiejętności szlifowanych przez lata tak, jak nie da się zapomnieć głodu krwi, który się czuło zabijając.
Dazai, znajdujący się obecnie tuż za plecami otaczających go wcześniej mężczyzn, oddał kilka strzałów. Poważne rany, przeważnie w klatkach piersiowych, uniemożliwiające dalszą walkę, z kulami dosłownie o włos mijającymi najważniejsze organy wewnętrzne.
Osamu stanął u stóp schodów prowadzących na półpiętro, gdzie znajdowały się windy, a członkowie Mafii wciąż do niego mierzyli.
- Zajmijcie się nimi, bo zaraz się wykrwawią. I zadzwońcie do pana Moriego. Ostrzegam również, że każdy, kto wejdzie mi w drogę, srogo tego pożałuje.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie zadzierałby z Dazaiem w takim stanie. Doprowadzony niemal na skraj szaleństwa, czującym się w końcu na swoim prawowitym miejscu. Najbrutalniejszy mafijny herszt stojący przed bezwartościowymi mafijnymi śmieciami z wciąż spływającą po policzku własną krwią. Tego nie można uznać za przyjemny widok. Zwłaszcza w połączeniu z wyrazem twarzy i morderczym wzrokiem Osamu. To najgorszy koszmar budzący się do życia i widok, który nie daje człowiekowi zasnąć spokojnie przez następne wiele lat.
Dazai odwrócił się na pięcie i kręcąc młynki pistoletem na jednym palcu, wszedł po schodach i nacisnął przycisk przywołania windy. Pomachał swoim przeciwnikom na odchodne i wszedł do kabiny. Doskonale wiedział, w której sali umieszczą Chuuyę. Rudzielec był niezwykle wybredny i po kilku awanturach, które spowodował wychodząc ze szpitala, w końcu zaczęto rezerwować dla niego tę jedną, z najlepszym widokiem zarówno na morze, jak i tętniące życiem miasto pełne wysokich do nieba budynków.
Osamu westchnął cicho i wsadziwszy ręce do kieszeni, czekał, aż winda z cichym dźwiękiem oznajmi, że dojechał na miejsce. Był nieco zdziwiony, że udało mu się jak na razie przeżyć. Wszystko poszło mu zbyt gładko i był tego świadom. Jednak jego legenda wciąż coś znaczyła. I jego umiejętności. Oraz fakt, że po odbytych z Gildią walkach, Mafia stała się nad wyraz przewrażliwiona i wszystkich z jakimikolwiek umiejętnościami obsadzono bliżej ważniejszych ludzi.
Dazai był świadom, że na najwyższym piętrze przebywa właśnie pan Mori. Tak, jak tego, że kilkanaście pięter pod nim znajduje się sześćdziesiąt procent biurokracji i administracji, odpowiedzialnej za zakupy broni, tuszowanie wypadków, przekupywanie polityków i policjantów oraz pranie brudnych pieniędzy. Kolejne kilka pięter stanowiły pokoje dla członków mafii. Przynajmniej dla tych, którzy mogli być potrzebni od ręki. Reszta musiała mieszkać na własną rękę lub w budynkach, po cichu zakupionych przez mafię. A to wszystko kosztowało. I to nie mało. Zwłaszcza pokoje na wyższych piętrach. Ale i płaca była dostateczna. Tak przynajmniej zapamiętał to Dazai.
Wysiadł z windy i z zaskoczeniem odkrył, że nie oczekuje na niego niewielki pluton egzekucyjny, który wypełniłby cały korytarz. Wiedział, że wieści już się rozniosły po całej siatce, ale nie wiedział, że pan Mori zabroni wszelkich działań przeciw niemu. Przewidział to w kilku alternatywnych wersjach, jednak nie liczył na aż takie szczęście. A tu proszę.
Osamu wszedł po cichu do odpowiedniego pokoju i przysunął krzesło do jedynego łóżka znajdującego się w sali. Na nim leżał cały obandażowany Chuuya. Przez dłuższą chwilę Dazai wpatrywał się w niego. Czuł się winny stanu partnera. Mógł zatrzymać jego moce choć trochę wcześniej. Albo chociaż spróbować. Mógł inaczej rozplanować akcję. Mógł wymyślić plan, który nie zakładałby użycia mocy Nakahary.
Nie mógłby.
I dobrze o tym wiedział.
I choć w głębi duszy wiedział, że plan, który zadziałał, był najlepszym, nie pomagało to jego wyrzutom sumienia.
Może nie było tego po nim widać, ale Dazai nie przespał ani minuty od odprowadzenia Chuuyi do Punktu Ewakuacyjnego po tamtej walce. Odczuwał ogromne zmęczenie, a przez ostatnie dwa lata odzwyczaił się od pracy czy życia w niekomfortowych warunkach. Teraz jednak, gdy patrzył na śpiącą twarz Nakahary, całe jego zmęczenie zniknęło, jak ręką odjął. Cały stres, który odczuwał, zniknął.
Nakahara leżał tuż przed nim. Poobijany, ale żywy.
Dazai zajął miejsce pomiędzy łóżkiem a przeszkloną ścianą. Zamierzał czekać.
Tak, jak postanowił, tak uczynił. Nie liczyło się dla niego to, że ludzie z Agencji mogli się o niego martwić. Cały świat przestał się dla niego liczyć. Nie zwracał nawet uwagi na czas. A czas płynął nieubłaganie. Jedynymi wyznacznikami czasu stały się dla Dazaia pielęgniarki, przychodzące o tych samych godzinach, sprawdzające stan pacjenta i poprawiające różne rzeczy lub podające zastrzyk.
Wieczorem, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, otrzymał domowej roboty kanapki i termos z kawą. Spojrzał z ogromną wdzięcznością na pielęgniarkę, która wręczyła mu papierową torbę z tą właśnie zawartością. Kobieta była wyraźnie pod sześćdziesiątkę i miała przyjazny uśmiech.
- Pamiętam Cię sprzed kilku lat. Zawsze przy nim czuwałeś, gorzej niż pies. Kiedy młodsza pielęgniarka zadzwoniła i z przerażeniem zaczęła mi opowiadać, co się wydarzyło, byłam pewna, że to Ty. Zaraz zaczynam zmianę, więc podeszłam jeszcze żeby Ci to dać, bo pewnie niczego nie jadłeś przez cały dzień.
- Bardzo dziękuję – odparł uradowany Dazai.
Prawda była jednak nieco inna, niż założyła to pielęgniarka. Nie chodziło tylko o to, że Dazai nie jadł niczego od momentu przyjścia do szpitala. On nie jadł niczego od czasu bitwy Czarnego Duetu. Sam z siebie się śmiał, jak bardzo stres może człowiekowi ścisnąć żołądek, ale nie zmieniało to faktów. Jego życie w trakcie niepewności o stan przyjaciela zmieniło się w coś, co ledwie można było nazwać egzystencją.
Osamu dosłownie pochłonął kanapki i wypił herbatę tak szybko, że niemal poparzył sobie gardło. Wyrzucił torbę do kosza i umywszy termos, odniósł go do pokoju wspólnego pielęgniarek, ponownie dziękując za posiłek.
W taki sposób minęło brunetowi kilka dni. Jednak przez sam fakt przebywania obok Chuuyi i poczucia stabilności i swojego rodzaju rutyny, Dazai czuł ogromny spokój. Przyglądał się ostatnim, wieczornym promieniom słońca odbijającym się w rozedrganej tafli wody, gdy usłyszał znajome słowa.
- Co Ty tu robisz cholerna gnido?
Osamu uśmiechnął się promiennie i zbierając płaszcz z oparcia krzesła wstał i skierował się ku wyjściu. Z całego serca pragnął odpowiedzieć. Naprawdę chciał, by jutro spotkali się na porannym zebraniu. Chciał widzieć zirytowaną twarz Chuuyi, kiedy robił wszystko, żeby go wkurzyć i chciał udawać, że nie widzi, jak przyjaciel uśmiecha się pod nosem, ciesząc się w głębi duszy z niezwykłego stopnia debilizmu ich relacji.
No właśnie. Chciał. Ale nie mógł. Czasy, gdy byli partnerami minęły.
Promienny uśmiech zniknął z twarzy Osamu, zastąpiony przez uśmiech pełen smutku, ale i ten wyraz nie zabawił długo. Wkrótce na twarzy bruneta wymalowało się ogromne zdziwienie, gdy odwrócił się po usłyszeniu następnych słów byłego partnera.

- Zaczekaj Dazai.

sobota, 24 lutego 2018

BSD I - Part 1 - Nie sądziłem, że będzie jeszcze działać

Od bitwy, która wymusiła powrót Czarnego Duetu minęło już kilka dni. Dazai leżał na kanapie w biurze Agencji z słuchawkami na uszach. W rękach ułożonych na brzuchu trzymał telefon, z którego ekranu można było odczytać tytuł piosenki, która obecnie rozbrzmiewała w uszach mężczyzny. „Samobójstwo na dwa serca”. Kunikida niemal niezauważalnie uśmiechnął się na ten widok.
Doppo był pierwszym członkiem Agencji, który tego dnia pojawił się w pracy. Nie było to wcale dziwne od normy, gdyż w dziewięćdziesięciu procentach przypadków jako pierwsi zjawiali się albo on, albo Atsushi. Blondyn nie liczył Dazaia, jako pierwszego, bo jak mógłby, skoro brunet nie opuścił biura od zakończenia walk?
Kunikida doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak irracjonalna była jego szczątkowa radość po zobaczeniu tytułu piosenki, ale chwilowo każdy z członków Agencji potrzebował czegoś stałego, co było związane z Dazaiem. A nic nie było bardziej widoczne niż jego chęć do pięknego samobójstwa. Jednakże była to również jedyna rzecz, która łączyła obecnego Osamu, leżącego na kanapie, z Osamu z czasów przed walką.
Patrząc na spokojną twarz mężczyzny, która wyjątkowo nie wyrażała absolutnie niczego, Kunikida dostawał ciarek. To wszystko nie powinno tak wyglądać. Dazai powinien być radosny i ożywiać pomieszczenie. Doppo powinien kłócić się z nim i narzekać na to, jak leniwy jest jego partner. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Jedynym, co dało się wyczuć tuż po wejściu do biura była napięta atmosfera, grobowa cisza przerywana jedynie cichym stukaniem klawiszy, gdy Kunikida spisywał raport oraz humor prosto z cmentarza.
Dazai cieszył się z tego, że potrafi doskonale ukrywać swoje emocje, bo rozumiał, że gdyby je pokazał, padłaby duża ilość niezręcznych pytań. W swoim obecnym stanie odstraszał wszystkich. Najtrudniej poddał się Atsushi, ale i on zaczął jedynie z daleka obserwować kolegę.
To nie tak, że marzył mu się powrót do Portowej Mafii. Pamiętał o propozycji pana Moriego. Pamiętał o tym, że dostał bilet powrotny, o którym nawet wcześniej nie myślał, że go chciał. Ledwie zauważając muzykę zastanawiał się, jak bardzo zawiódłby Odę, gdyby wrócił. Obiecał swojemu, jak mu się przynajmniej wydawało, przyjacielowi, że sprawi, że będzie lepszy i że równo z tym ulepszy świat. I dostał możliwość wypełnienia tej obietnicy w Agencji Detektywistycznej Uzdolnionych. Teraz był świadom, jak wielu kolegów zdobył. Ale w Portowej Mafii miał niegdyś przyjaciela. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy między „kolegą” a  „przyjacielem” stawiają dosłowny mur chiński z wartownikami co kilkanaście metrów. I Dazai był właśnie jednym z nich.
Zapomniał, jak dobrze czuł się w mafii. Zapomniał o Absorpcji, która nieco go przerażała. I dopiero po pierwszej wspólnej walce od czasów jego odejścia uświadomił sobie coś, co boleśnie siadło na jego sercu i nie zamierzało odpuścić.
Przez cały ten czas miał więcej niż jednego najlepszego przyjaciela. Przecież nie tylko Oda się dla niego liczył. Z goryczą uznał, że jest takim idiotą, że musiał stracić drugą z najbliższych mu osób i zupełnie tego nie zauważyć, aż do czasu, gdy będzie już za późno. I początkowo nawet nie odnotował tej straty. Dopiero, gdy dane było mu walczyć u boku dawnego partnera, boleśnie ścisnęło mu się serce. Brakowało mu najlepszych przyjaciół. Brakowało mu Ody z tym jego dziwnym kodeksem honorowym, ale to nie było wszystko.
 Brakowało mu Chuuyi. Ich zgrania. Ich wzajemnego zaufania. Ich wspólnych misji. Wszystkiego. A chwilowo najbardziej brakowało mu jakichkolwiek informacji na temat stanu zdrowia przyjaciela.
Przyjaciela?” żachnął się w myślach. Pamiętał, jak napięte relacje panowały między nim i Chuuyą jeszcze za czasów Mafii Portowej. Teraz, gdy ją opuścił, mężczyzna prawdopodobnie znienawidził go do głębi. Co w sumie częściowo okazywał przy niektórych ich spotkaniach.
A jednak Osamu uznał Nakaharę za swojego przyjaciela. I najlepszego partnera w życiu, choć nigdy nie wspomniał o nim w obecności Kunikidy.
Ilość wypadków, które kończyły się pobytem Chuuyi w szpitalu, w czasach ich wspólnych misji, była zbyt wielka by Dazai mógł je wszystkie spamiętać. Doskonale pamiętał jednak, jak za każdym razem siedział dniami i nocami przy łóżku Nakahary. Pamiętał też słowa partnera, które do dziś słyszał w swojej głowie.
- Co Ty tu robisz cholerna gnido?
Słowa wypowiadane zazwyczaj z trudem, przerywane ciężkimi oddechami poszkodowanego. I po usłyszeniu ich, Dazai tylko się uśmiechał nieznacznie i odchodził, w drzwiach machając Chuuyi jeszcze ręką.
- Tylko się jutro nie spóźnij Chuuya, bo chcę mieć calutki patrol żeby Cię irytować – rzucał na odchodne.
Nikt zdrowy na umyśle nie rozumiał relacji, jaka łączyła Nakaharę i Osamu. Wydawało się, że chcą ze sobą tylko rywalizować i że jeden uwielbia denerwować drugiego. Pielęgniarki i lekarze byli zbyt przerażeni możliwością gniewu Dazaia by zabronić mu siedzenia przy łóżku Chuuyi, tak jak i pytania go, dlaczego to robi. I dlaczego zawsze wychodzi dopiero po usłyszeniu tych niezbyt miłych słów. Oraz tego, czemu tego samego dnia godzinę przed północą, Nakahara zawsze się wypisuje i nawet wbrew słowom lekarzy idzie następnego dnia na zebranie. Łączyła ich cholernie nietypowa relacja, niezrozumiała dla nikogo innego. I na dobrą sprawę członkowie Mafii nawet nie próbowali ich zrozumieć. Dopóki byli skuteczni, dopóty się nie czepiali. A w całej historii Portowej Mafii nie było skuteczniejszego duetu.
Któż więc poza Dazaiem i Chuuyą mógł wiedzieć, że w ten właśnie sposób Nakahara daje znać swojemu najlepszemu przyjacielowi, że pomimo ciężkich obrażeń, nic mu nie jest i że Osamu nie musi się już martwić?
Samo wspomnienie wywołało na twarzy Dazaia lekki uśmiech. Oddałby wszystkie najpiękniejsze kobiety, które byłyby skłonne popełnić z nim podwójne samobójstwo, dosłownie komukolwiek, byleby usłyszeć to jedno zdanie z ust Chuuyi.
Kunikida spojrzał na niego zdziwiony. Powoli zaczynał już wierzyć, że to nie Dazai leży na kanapie, a zostawiona przez niego jakaś bardzo realistyczna lalka, bo nikt nigdy nie widział by Osamu od zakończenia walk jakkolwiek się ruszył. Leżał tylko na plecach, z słuchawkami na uszach. Zapytany o cokolwiek, odpowiadał początkowo zdawkowo, jednym słowem lub pomrukiem, teraz nawet na to nie można było liczyć.
Doppo zdawał sobie sprawę z tego, że w biurze jest w pełni wyposażona łazienka oraz szafki na zapasowe ubrania i rzeczy prywatne. Wiedział również, że przez kilka dni dałoby się żyć w samym biurze. Jednak po tych kilku dniach stan Osamu nie poprawił się ani o milimetr, a wręcz zdawał się pogorszać. I nikt nie wiedział, co było tego przyczyną, więc nikt nie potrafił pomóc.
Dazai, przez którego głowę przeleciały wydarzenia z kilku ostatnich lat, podjął w końcu decyzję. Pojawi się w oddziale szpitalnym w kwaterze mafii i poczeka przy łóżku Nakahary. Inaczej do reszty straci pozostałe mu szczątki stabilności psychicznej. Nie potrafił jednak przewidzieć, co może się stać. Choć, może to złe ujęcie sytuacji. Dazai przewidział każdą z możliwości. Nie potrafił jednak zdecydować, która się urzeczywistni.
Zdjął słuchawki i schował je razem z telefonem do kieszeni płaszcza. Wstał z łóżka, wnikliwie obserwowany przez Kunikidę. Było jeszcze wcześnie. Maksymalnie dziesiąta rano. Brunet wygładził płaszcz i spojrzał martwym wzrokiem na obecnego partnera.
- Pewnie dzisiaj zginę – powiedział spokojnie, wyglądając za okno na pełne życia ulice.
Normalnie teksty Dazaia o samobójstwie spotykały się ze śmiechem i lekceważeniem ze strony członków Agencji. Teraz jednak, gdy powiedział to bez najmniejszego cienia uśmiechu, z tak posągową wręcz powagą, zabrzmiał zbyt poważnie by od tak to zignorować.
- Ejejej – rzucił od razu przerażony Kunikida. – Co Ty znowu zamierzasz Dazai?
Osamu jednak tylko wzruszył ramionami i ruszył do wyjścia z biura. W drzwiach pomachał jeszcze Doppie, na odchodnym rzucając jeszcze:
- Gdybym naprawdę nie wrócił, cieszę się, że byłeś moim partnerem Kunikida.
I zatrzasnął za sobą drzwi, zostawiając osłupiałego Doppę za biurkiem. Mężczyzna szybko jednak odzyskał rezon. Tak przynajmniej chciał wierzyć, bo ręka trzęsła mu się tak bardzo, że dopiero za trzecim razem udało mu się wybrać numer do pracownicy biurowej.
- Naomi, mogłabyś skontaktować się z Szefem? To w sprawie Dazaia. Wyjątkowo dziwnie się zachowuje.
Na końcu języka miał jeszcze jedno zdanie. „Martwię się o niego”. Kunikida wiedział jednak, że prędzej by go pociąg przejechał, niż na głos miałby się przyznać do martwienia o tego leniwego idiotę.
Naomi rozłączyła się błyskawicznie i natychmiast zadzwoniła do Szefa. Jednak przywódca Detektywistycznej Agencji Uzdolnionych wydawał się zadziwiająco spokojny w zaistniałej sytuacji. Podziękował za informację i skontaktował się bezpośrednio z Kunikidą, któremu oznajmił, że najwidoczniej Dazai dorósł do pewnych decyzji i doszedł do pewnych wniosków, oraz, że pod żadnym pozorem nie wolno za nim podążać z dwóch względów. Po pierwsze, Dazaiowi nie należało przeszkadzać, bo to, co zamierzał zrobić, było na pewno dla niego niezwykle ważne. Po drugie, w razie niepowodzenia, Agencja Detektywistyczna nie mogła pozwolić sobie na utratę ludzi, bo powszechnie wiadomym było, że nie liczą oni zbyt wielu osób.
Doppo rozumiał, że jednak to pierwszy powód był ważniejszy, oraz, że Szef również się martwił, choć próbował tego nie okazywać, dlatego postanowił na razie zataić wszelkie informacje przed resztą współpracowników. Sądził, że nie będzie to trudne, gdyż wybijała już dziesiąta, a nikogo w biurze poza nim nie było. Gdyby taki stan rzeczy się utrzymał, mógłby nawet uniknąć kłamstwa.
Niestety, los działa na niekorzyść wszystkich po równo, więc drzwi do biura Agencji otworzyły się niecałe piętnaście minut i do środka wparowała radosna gromadka składająca się z Atsushiego, Rampo, Izumi, Yosano oraz Tanizakiego. Agencja była niemalże w komplecie pod względem uzdolnionych. Kunikida westchnął ciężko.
- O, Dazai zniknął – zauważył Tanizaki ze sporym zdziwieniem.
Doppo zdziwił się. Sądził, że Naomi powie wszystko bratu bez chwili wahania. On jednak zdawał się nie wiedzieć o niczym.
- Ehh – westchnęła Yosano z lekkim uśmiechem – może już mu lepiej i poszedł szukać tej biednej, niewinnej dziewczyny, z którą popełni samobójstwo.
- Jeśli tak, to już trzeba się za tę bidulkę zacząć modlić – podsumował Tanizaki ze śmiechem.
Cała grupa spojrzała na Kunikidę, jakby spodziewała się wyjaśnień. Żarty żartami, ale jednak nie było osoby, która nie dostrzegłaby, w jak paskudnym stanie znajdował się Osamu i wszyscy najzwyczajniej w świecie się martwili, choć próbowali ukryć to maską codzienności i śmiechem.
- Mnie nie pytajcie. Wstał i wyszedł bez słowa. A ja mam za dużo papierkowej roboty i w moim planie dnia nie ma „uganiania się za Dazaiem”.
Atsushi zaczął go rugać z miejsca, że powinien był iść za nim, bo Osamu może stać się przypadkiem coś złego. I Kunikida nie miał mu tego za złe. Wiedział, że powinien iść za nim, ale dosłownie go zmroziło, gdy Dazai wspomniał o śmierci. Do tego Doppo pamiętał słowa Szefa.
Z opresji wybawiła go Naomi, wchodząca do biura ze swoim zwyczajnym spokojem. Wzrok dziewczyny spotkał się tylko na krótką chwilę ze wzrokiem blondyna, ale Kunikida zrozumiał wszystko. Naomi martwiła się tak samo, jak on. I też nie mogła nikomu o tym powiedzieć. Kunikida poczuł jednak pewną ulgę, gdy weszła do pomieszczenia. Teraz, gdy był już z osobą, która znała prawdę, martwiło mu się łatwiej. Uspokoiła go sama jej obecność.
Dazai szedł ulicami miasta, przyglądając się niebu i całkowicie ignorując ludzi. Ludzie są jak mrówki. Jest ich za dużo i są wszędzie. Jedyny człowiek, który się teraz dla niego liczył, leżał na końcu jego drogi. No i na wszelki wypadek chciał jak najlepiej zapamiętać piękno wyjątkowo czystego nieba i ciepło słońca na twarzy.
Zastanawiał się, czy nie powinien zawrócić i sobie odpuścić. Brzmiało to na łatwiejszą opcję i Osamu był pewny, że w którym momencie z niej skorzysta. Nogi nieprzerwanie niosły go jednak do kwatery Mafii Portowej, jakby wiedziały lepiej od niego, co dla niego lepsze. Na samym dnie serca, duszy i umysłu wiedział jednak, że choćby miał tam zginąć, to woli zginąć idąc do Chuuyi, niż przeżyć całe życie samemu.
Stanął przed niezwykle wysokim, szklanym budynkiem, w którego ścianach odbijało się otoczenie. Drzwi automatycznie rozsunęły się przed nim, gdy przekraczał próg, wyjmując z kieszeni płaszcza portfel, w którym znajdowała się karta magnetyczna, umożliwiająca pójście dalej.
Mimo ogromnej ochoty nie rozejrzał się po olbrzymim pomieszczeniu. Doskonale pamiętał, w jakich lokalizacjach umieszczeni są strażnicy. Nikt miał oficjalnie nie wiedzieć, że to budynek Portowej Mafii, więc w dwupiętrowej wysokości pomieszczeniu znajdowała się recepcja, taka, jak w każdym budynku biurowym. Za szeroką ladą siedziało kilku mężczyzn, a każdy z nich pod ręką miał niemały arsenał do wyboru. Dazai pamiętał wszystkie szczegóły z czasów, gdy był jednym z nich.
Podszedł spokojnie do bramek wejściowych i przyłożył magnetyczną kartę do czujnika, zupełnie ignorując krzyki biegnących w jego stronę członków Portowej Mafii udających zwykłych pracowników. Kolor czujki zmienił się z czerwonego na zielony i Dazai spokojnie przeszedł przez bramkę.
- Nie sądziłem, że jeszcze będzie działać – stwierdził zdziwiony, lekko przekrzywiając głowę i chowając dłonie do kieszeni płaszcza.

W ciągu niecałej minuty został otoczony ze wszystkich stron przez Portową Mafię, której członkowie z zabójczym spokojem mierzyli do niego z broni.

środa, 9 sierpnia 2017

Parafialne

Hej, cześć i czołem! 

Z góry chciałam Was przeprosić za nie wrzucanie niczego przez tak długi czas. Szczerze to nie wiem nawet, czy ktokolwiek jeszcze to czyta. Powiem Wam szczerze, że miałam taki mętlik w głowie, że totalnie nie myślałam o pisaniu. Teraz jednak próbuję wrócić. Również do anime. 

Dlatego w najbliższym czasie spodziewać się możecie jakiejś delikatnej gejozy z Kuroko, zwykłej serii z Kuroko i czegoś z Free i Haikyuu. Zamierzam również wrócić w jakiś sposób do Durarary. Ponieważ jednak całkowicie wypadłam z obiegu, byłabym wdzięczna za polecenie dobrych serii, z których być może znacie pairingi, które być może pokocham.

Chciałabym też dodać, że wróciłam do pisania Adventure Time i korci mnie ma Vocaloidy. 

Trzymajcie się ciepło Misiaki 💜💜💜

wtorek, 8 sierpnia 2017

One-shot - Kuroko no Basket - Prawdziwy Kapitan Pokolenia Cudów

„Ja… Przegrałem…”.
Akashi stał i z wyrazem całkowitej bezsilności i niezrozumienia malującym się na jego twarzy, patrzył na swoje lekko trzęsące się dłonie. Nie rozumiał, jak to mogło się stać. Przecież był Cesarzem. Potrafił praktycznie samym spojrzeniem, dzięki swojemu Oku, sprawić, by ludzie upadali przed nim. Do tego to on odkrył talent Kuroko. A abstrahując od tego wszystkiego – przecież to dla niego zwycięstwo zawsze było najbardziej podstawową funkcją zyciową. Potrzebował tego bardziej niż tlenu. Więc jakim cudem przegrał?

Nadszedł czas na oficjalne zakończenie gry i ukłony wobec przeciwników, ale Akashi dalej stał, jak wbity w ziemię, w miejscu tuż pod swoim koszem. Reszta drużyny uścisnęła już sobie ręce, gdy Kuroko podbiegł do swojego byłego kapitana.
- Akashi, wszystko w porządku? – spytał opanowanym głosem, martwiąc się o przyjaciela.

Czerwonowłosy tylko pokręcił przecząco głową. Zupełnie przypadkiem zobaczył coś niewielkiego i błyszczącego, leżącego na parkiecie. Po chwili poczuł też, że jego twarz jest zbyt mokra. Płakał. On, wielki i nieomylny, a przede wszystkim niepokonany, płakał po przegranej.

Kuroko uśmiechnął się lekko widząc to. Zobaczył w Akashim coś, za czym bardzo tęsknił. Dzieciaka, nie zepsutego jeszcze przez brak godnych przeciwników i własny geniusz. Zwykłego gimnazjalistę, który kochał koszykówkę i mimo, że był trochę niebezpieczny, dawał się lubić. Niebieskowłosy przytulił przyjaciela. Z boku musiało wyglądać to przekomicznie. Akashi był przecież wyższy i nieco lepiej zbudowany niż Kuroko, ale w tym uścisku to on zdawał się być mniejszy.

- Witaj z powrotem – powiedział cicho Tetsuya wiedząc, że Akashi zrozumie, co miał na myśli.

I rzeczywiście. Zrozumiał od razu. Ramiona mu opadły, zupełnie, jakby cały ciężar, który na nich spoczywał, nagle zniknął. Ludzie na trybunach czekali w ciszy. Niemalże nikt nie wiedział, co działo się teraz na boisku i dlaczego. Akashi natomiast rozpłakał się na dobre by po chwili odsunąć się kawałek od Kuroko i wytrzeć twarz wierzchem dłoni. Jego twarz rozpromieniła się w uśmiechu. W tym cudownym uśmiechu niewinnego gimnazjalisty.

- Tak. Wróciłem. Cieszę się – odpowiedział, szczęśliwy mimo porażki.

Tetsuya wyciągnął w jego kierunku dłoń żeby przyjaciel przybił mu „żółwika”.
- Zagrajmy jeszcze kiedyś Akashi – stwierdził, radośnie się uśmiechając.

Czerwonowłosy nic nie odpowiedział. Skinął tylko energicznie głową z uśmiechem i przybił Kuroko żółwika. Drużyna z Seirin, jak i z Rakuzan wciąż nie opuściła boiska. Wszyscy patrzyli oniemiali, ale zadowoleni. Seirin cieszyło się z całego serca z wygranej w Mistrzostwach Zimowych. W końcu udało im się dopiąć swego. Do tego wszyscy rozumieli już metodę działania Kuroko. Niski, niebieskowłosy chłopak potrzebował ich bardziej, niż oni potrzebowali jego. Tetsuya wiedział, że musi pokonać wszystkich z Pokolenia Cudów, by móc przywrócić ich przyjaźń do czasów świetności. Teraz, gdy widział uśmiechniętą twarz Akashiego, swojego ostatniego przeciwnika, wiedział, że mu się udało. Nie został już nikt do pokonania. Przynajmniej na razie.

Kise, stojący tuż za krawędzią boiska, westchnął ciężko, ale z uśmiechem.
- Oj Kurokocchin, czyżby to był Twój plan od samego początku? Nie chciałeś udowodnić, że Twoja koszykówka jest najlepsza. Chciałeś tylko byśmy znów byli tacy, jak dawniej.

I ignorując całkowicie protesty swojej drużyny, blondyn wbiegł na teren boiska i jednocześnie przytulił swoich obu przyjaciół. Kuroko spojrzał na nich ze łzami w oczach i największym uśmiechem, jaki ktokolwiek kiedykolwiek u niego zobaczył.
- Tak się cieszę – stwierdził tylko.
A oni zrozumieli. Bo czegóż można było tu nie rozumieć. Członkowie Pokolenia Cudów właśnie uczynili pierwszy krok na ścieżce ku wspólnej przyszłości pełnej przyjaźni i zdrowej rywalizacji.

Tłum na trybunach po prostu wybuchnął. Wrzawa rozgorzała nagle i to z taką siłą i głośnością, że aż sami zawodnicy wzdrygnęli się. Wszyscy ustawili się ładnie, ukłonili i krzyknęli:
- Dziękujemy za wasze wsparcie!

Jedno spojrzenie wystarczyło Kagamiemu by ten zrozumiał, że Kuroko nie pójdzie z nimi świętować zwycięstwa w Mistrzostwach. Owszem, przyjaźnili się i Tetsuya na pewno był szczęśliwy, że jego drużyna wygrała. Odniósł jednak o wiele więcej znaczący dla niego sukces. I to właśnie ów sukces zamierzał świętować.

- Akashi, Kise, zagrajmy razem – zaproponował, wciąż nie mogąc pozbyć się tego radosnego uśmiechu.

Obaj zgodzili się natychmiast. Reszta Pokolenia Cudów od razu zorientowała się, co się dzieje. Tuż przed wyjściem z hali, dołączyli do nich Murasakibara i Midorima. Uśmiech Tetsu poszerzał się z każdą kolejną sekundą, gdy szli ramię w ramię, w stronę jasnej przyszłości.

Nikt nie miał tego nikomu za złe i nie robiono wyrzutów. Nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy głównym tematem po Mistrzostwach stał się artykuł, w którym umieszczono zdjęcie piątki byłych gimnazjalistów z Teiko, wychodzących ramię w ramię w stronę światła. Światło to oczywiście nie brało się znikąd. Przez otwarte, szerokie drzwi wpadał z zewnątrz jego jasny strop, który ukazał Pokolenie Cudów w pełnej krasie, tak, jak wtedy, gdy błyszczeli na szczycie. A tuż za drzwiami, z piłką w wyciągniętej ręce i z szerokim uśmiechem, czekał Aomine.

W radosnych humorach, choć kłócąc się o to, kto z kim będzie w drużynie, dotarli do pobliskiego boiska. Aomine szedł w zaparte, że on musi grać z Kuroko, bo przecież to on był jego światłem.
Kise argumentował swoje podejście tak, że to on jako pierwszy przegrał z Tetsuyą, więc to jemu należy się miejsce u jego boku.
Murasakibara twierdził, że to zbyt męczące żeby się ruszać, a będąc w drużynie z Kuroko, nie będzie miał zbyt wiele do roboty.
Midorima twierdził, że może jemu i Kuroko uda się złapać taką synchronizację przy rzutach za trzy, jak z Takao, albo nawet lepszą.
Akashi tylko stał w niedalekiej odległości i uśmiechał się szeroko. Patrzył na prawdziwego kapitana Pokolenia Cudów – Kuroko Tetsuyę. Owszem, on sam potrafił sprawić, by ludzie bezsprzecznie go słuchali i jego rozkazy zawsze były wykonywane. Miał tez tę swoją niebezpieczną osobowość. Ale to Kuroko z jego miłością do koszykówki i do przyjaciół spajał ich razem od zawsze. Potrafił połączyć ich charaktery i wydobyć z każdego, ile się tylko dało. Takie cechy posiada tylko prawdziwy kapitan.

- Może niech Kuroko zdecyduje z kim chce grać w drużynie – wtrącił się Akashi z uśmiechem.
Wszyscy, jak jeden mąż, natychmiast stanęli przed chłopakiem, który przez krótką chwilę wierzył, że nikt się na to nie zgodzi.
- Myślę, że podział nie ma większego sensu – zaczął Kuroko, patrząc każdemu po kolei w oczy i widząc w nich blask, który odzyskali dopiero niedawno. – Mam nadzieję, że od tej pory będziemy grać razem tak często, że zagramy w każdym możliwym ustawieniu.

Midorima spojrzał na niego z uznaniem i skinął lekko głową, zgadzając się z nim. Akashi zrobił dokładnie to samo. Aomine i Kise od razu zaczęli hałaśliwie potwierdzać słowa Kuroko, a Murasakibara wzruszył ramionami, jakby zupełnie go to nie obchodziło. I gdyby ktoś patrzył z boku to naprawdę mógłby Murasakibarze uwierzyć. Kuroko jednak widział jego oczy. Widział blask, który oznaczał jedno. Miłość do koszykówki. Po tylu latach w końcu udało mu się ją zdobyć.
- Sądzę też, że najsprawiedliwiej będzie, jeśli w jednej drużynie zagra Akashi, Midorima i Kise, a w drugiej Aomine, Murasakibara i ja – dodał tym samym tonem, co wcześniej

Chcąc, nie chcąc, musieli przyznać mu rację. Kise mógł stanowić wyzwanie dla Aomine, teraz, gdy nauczył się go kopiować i łączyć z ruchami innych członków drużyny. Murasakibara świetnie skontruje rzuty za trzy, które wykona Midorima, a Tetsuya i Akashi będą mogli się zmierzyć w swoim stylu, który wymagał siły psychicznej.

Aomine od razu głośno zaczął się zgadzać, że oczywiście Kuroko miał rację. W końcu osiągnął to, czego chciał od początku. Kise praktycznie płakał, narzekając na niesprawiedliwość i zarzekając, że następnym razem to on gra z Kurokocchim.

Byli tak zajęci sobą, że nawet nie zauważyli, że tuż za siatką odgradzającą boisko zebrał się spory tłumek. Wszystko zaczęło się od liceum Seirin, które zgodnie stwierdziło, że może jeszcze chwilę poczekać ze świętowaniem i ustawiło się w niewielkiej odległości od boiska. Później, zaciekawiona sytuacją, zbliżyła się drużyna Kise i Midorimy. Wici niezwykle szybko się rozniosły, bo już wkrótce, najbliższy krąg wokół boiska tworzyły licea, których członkowie drużyn należeli do Pokolenia Cudów, a tuż za nimi tłoczyła się rzesza osób, które grały w Mistrzostwach.

Gdy wszyscy patrzyli na nich z boku, nie mogli uwierzyć, że te zwykłe, hałaśliwe i tak różnorodne pod względem charakteru dzieciaki, tak naprawdę były potworami stworzonymi do zawziętej gry w kosza.

Czy członkowie Pokolenia Cudów zauważyli zbierający się dookoła nich tłum? Oczywiście, że nie. Byli tak zajęci sobą, że równie dobrze, przez środek boiska mogłoby przejść wojsko, a oni nie zwróciliby na nie najmniejszej uwagi.

Wkrótce gra się zaczęła. Gdy piłka po raz pierwszy dotknęła ziemi, wszyscy weszli w „Strefę”. Murasakibara wręcz emanował groźną postawą stojąc pod koszem albo wyprowadzając nadnaturalnie szybkie akcje połączone z podaniami do Kuroko. Oglądanie duetu Aomine-Kuoko było jak najpiękniejszy taniec. Idealnie dopasowani. Dzikość Daikiego wspomagana zaufaniem do przyjaciela. Midorima i Akashi współpracowali na najwyższym poziomie, pierwszy rzucając celne trójki, drugi dryblując i omijając przeciwników. Kise naśladował i poprawiał wszystkie ruchy Daikiego, które tylko mógł i stanowił dla niego przeszkodę większą, niż Kagami w poprzednim meczu.

Pot, tempo akcji i pełne oddanie graczy wzbudziło masę okrzyków zachwytu. Co, jak co, ale nie co dzień ogląda się potwory w pełnej klasie. Oni jednak, zbyt skupieni na grze i na radości, jaką im dawała, wciąż ich nie zauważali. Mecz trzymał w napięciu do samego końca. Największa różnica punktów wynosiła 3 i natychmiastowo była odrabiana przez drużynę przeciwną.

W końcu Kuroko zasłabł. Nie był przyzwyczajony do „Strefy” i takiego tempa gry. Zachwiał się na nogach i już wydawało się, że runie na ziemię, gdy praktycznie znikąd pojawiło się pięć par rąk, które złapały go i nie pozwoliły mu upaść. Tetsuya spojrzał na nich wszystkich z szerokim uśmiechem.
- Przepraszam, ale nie przywykłem do takiego tempa gry – wytłumaczył, gdy odprowadzali go na ławkę.

Mecz skończył się po dwudziestu minutach wynikiem 150:150. Nikt nie mógł być bardziej zadowolony. Gapie, widząc, że to już koniec rozrywki, zaczęli się rozchodzić.

Początkowo niebieskowłosy zaczął dostawać jawny opieprz za to, że nie powiedział im wcześniej, że źle się czuje, ale już po chwili wszyscy śmiali się do rozpuku. Kise skoczył do sklepu po waniliowego shake’a, którego Kuroko tak uwielbiał, Murasakibara wcisnął mu trzy paczki chipsów i drugie tyle toreb słodyczy, Aomine robił za podpórkę, Midorima na bieżąco sprawdzał stan Kuroko razem z Akashim, który dzięki swojemu Oku mógł zobaczyć choć najmniejsze pogorszenie się stanu przyjaciela.


Akashi uśmiechnął się szeroko. Tak, miał rację, to Tetsuya był ich kapitanem od samego początku.

sobota, 22 kwietnia 2017

Part 4 - Lunapark 1/3

Hej misie, uznałam, że lepiej krótsza notka częściej niż dłuższa raz na miesiąc :D

Minął praktycznie tydzień od ich ostatniego spotkania. Gakupo cierpliwie czekał. Wysłuchał całej historii. Zrozumiał, dlaczego dziewczyna uciekała przed nim za każdym razem. Czy jej wybaczył? Oczywiście, że tak. Przecież lat przyjaźni nie może przekreślić jeden głupi wyskok. Powiedział jej to też od razu po usłyszeniu całej historii. Nawet przez chwilę nie rozważał innej opcji. Dziewczyna wydawała się tym tak zaskoczona, że tylko znowu go przeprosiła i ze łzami w oczach wybiegła z mieszkania. Nie zatrzymywał jej. Wiedział, że Luka potrzebuje trochę czasu. I on zamierzał jej go dać. Skoro taki był warunek żeby ją odzyskać.
Tydzień minął mu bez większych wyskoków. Już pamiętał drogę do sklepów, parków i innych miejsc. Z zapamiętaniem czegokolwiek teraz nie miał najmniejszego problemu. One pojawiały się, gdy na siłę próbował sobie przypomnieć cokolwiek sprzed wypadku. Czasami odwiedzała go Miku żeby sprawdzić, czy chłopak przez przypadek nie zapomniał jak się żyje.  Milczała jednak, gdy tylko poruszał temat jej siostry.
- W końcu przyjdzie – zawsze w ten sposób ucinała temat.
I no cóż. Nie myliła się. Luka przyszła, gdy najmniej się jej spodziewał i gdy zaczynał już tracić nadzieję, na to, że w ogóle przyjdzie. Czyli dokładnie tydzień później.
W sobotę.
O 6 rano.
Gakupo podszedł do drzwi, słysząc dzwonek, który wręcz nie chciał się zamknąć. Krótki, natarczywy dźwięk, przerywający błogą ciszę i niechybnie wyrywający chłopaka ze snu.
Podszedł do drzwi w bokserkach i koszulce z krótkim rękawem, mrucząc z niezadowoleniem, że już przecież idzie i nie ma potrzeby gwałcenia biednego przycisku. Otworzył drzwi, przecierając oczy, próbując nawiązać kontakt z rzeczywistością.
Ostatnim, czego się spodziewał, była różowowłosa dziewczyna ubrana w sweter i krótką spódniczkę z dwoma kubkami parującej kawy w dłoniach.
- Zaczynamy program przywracania wspomnień – stwierdziła z szerokim uśmiechem, schylając się żeby przejść pod ręką Gakupo i wejść do mieszkania. Usiadła w salonie, odstawiając kawy na stolik tuż obok. – No ruchy, bo nam ucieknie autobus.
Gakupo uwijał się jak w ukropie żeby dziewczyna nie musiała za długo czekać. Średnio mu to wychodziło, bo pomimo łyczkami wypijanej kawy, wciąż nie rozumiał, co się dookoła niego dzieje. Tu zgubił skarpetkę, tam założył spodnie na lewą stronę. Oczywiście Luka cierpliwie na niego czekała, lekko się tylko uśmiechając.
W końcu chłopak stanął gotowy przed przyjaciółką i spytał po raz kolejny, po co to wszystko. Tym razem jednak otrzymał odpowiedź, a wraz z nią już nieco zimną kawę.
- Jedziemy do lunaparku. Do naszego lunaparku. Kiedyś nazywaliśmy go tak, bo byłeś w nim ze mną po raz pierwszy w życiu. Mimo tego jak wyrosłeś, w przeszłości nie miałeś prawie żadnego kontaktu ze społeczeństwem. Inaczej widziałeś świat i dzieci w naszym wieku cię nie rozumiały. Unikałeś więc wszystkich miejsc, w których mogły znaleźć się większe chmary ludzi.
Dziewczyna znaczącym gestem pospieszyła go by wyszli z mieszkania nie przerywając opowieści. Chłopak słuchał jej zafascynowany. Nie chodziło tylko o historię. Oczywiście, chciał poznać swoją przeszłość i wierzył, że dziewczyna go w jej sprawie nie okłamie. Megurina miała jednak coś w sobie, gdy mówiła o szczęśliwych chwilach. Wcześniej, gdy pokrótce opowiedziała mu wszystko, nie zauważył tego. Teraz jednak widział szczęśliwe iskierki w jej oczach i jej luźną postawę, kiedy już nie stresowała się tak jego obecnością. I gestykulacja. Luka gestykulowała nadzwyczaj dużo, jak na osobę spokojną, za którą uznał ją wcześniej Gakupo. Teraz jednak patrzył tylko na kawę, która ostatnimi siłami trzymała się w granicach kubka.
- O naszym pierwszym spotkaniu opowiem ci innym razem, bo to wymaga podróży do innej części miasta. Pospiesz się – stwierdziła nagle.
Gakupo zobaczył autobus w prześwicie między budynkami i pojął nadzwyczaj szybko. Oboje zaczęli biec i zdążyli praktycznie w ostatniej chwili. Zasapani usiedli na wolnych miejscach z tyłu. Niewielu ludzi o tej godzinie podróżowało gdziekolwiek. A co dopiero do lunaparku. Oboje roześmiali się wesoło.
- Jechaliśmy prawie zdychającym autobusem. Rozklekotany po całości. Ledwo dojechaliśmy na miejsce, a ty przez całą drogę obliczałeś statystykę co do ilości wypadków. Byłeś dziwny, a ja nie rozumiałam co drugiego słowa, kiedy wpadałeś w swoje wirki matematycznych opowieści. Ale uwielbiałam cię słuchać.
Luka spojrzała na przyjaciela spodziewając się jakiejś reakcji. Zobaczyła jednakże tylko śpiącego Gakupo z lekko rozchylonymi ustami i pustym kubkiem po kawie. Była pewna, że część tej kawy zdobiła teraz chodnik, po której biegli. Dziewczyna uśmiechnęła się tylko i przerwała opowieść. W końcu to ona wyrwała go z łóżka o tak nieludzkiej godzinie.
Wyjrzała przez okno i przypomniała sobie, jak to wyglądało te wszystkie lata wcześniej.

                                                                                                                                     

piątek, 14 kwietnia 2017

Part 3 - Tylko nie każ mi biegać

Kolejna część Gakupo x Luki. Notabene zaczęłam historię o Harrym Potterze na wattpadzie. Link do pierwszej części jest przy linkach do pozostałych blogów. Enjoy misiaki ~

Przez chwilę siedział jeszcze na ławce, a trybiki w jego głowie powoli zaskakiwały. Nie był pewny, czy los będzie na tyle łaskawy, by pozwolić im na jeszcze jedno przypadkowe spotkanie. Dlatego Gakupo zerwał się na równe nogi i pobiegł za różowowłosą. Cóż, być może niewiele pamiętał, jednak już w pierwszej sekundzie ruchu zrozumiał, że kondycja nie jest, nie będzie i prawdopodobnie nie była jego mocną stroną, a czas spędzony praktycznie w bezruchu w szpitalu nie polepszył tego w żaden sposób.
Z każdym kolejnym, coraz cięższym oddechem i wrażeniem, że jego płuca i nogi płoną, tracił nadzieję, że zdąży dogonić dziewczynę. Widział tylko, jak jej wyróżniające się włosy, skręcają w różne strony i biegł za nimi, jakby tylko ona mogła go uratować.
W końcu, udało mu się. Chyba nigdy nie był szczęśliwszy, gdy zobaczył czerwone światło na przejściu dla pieszych i lekko poddenerwowaną dziewczynę. Podbiegł do niej, korzystając dosłownie z resztek sił. Pochylił się i oparł jedną rękę na udzie, próbując złapać oddech. Jednocześnie wyciągnął drugą rękę i złapał różowowłosą za dłoń żeby nawet nie myślała o dalszej ucieczce.
- Zniosę wszystko – wysapał, patrząc na nią z dołu – tylko już nie każ mi za sobą biegać.
Dziewczyna stała przerażona, jakby zobaczyła ducha, jednak po chwili zaśmiała się. Miała cudowny śmiech. Taki czysty, szczery. Urwała jednak, jakby przypomniała sobie, że nie wolno jej się śmiać. Zamilkła więc i spuściła głowę.
- Mówiłem Ci kiedyś, że masz piękny śmiech? – spytał Gakupo, próbując przerwać niezręczną ciszę, która między nimi zapadła. Dziewczyna nieśmiało, skinęła głową, ale dalej się nie obejrzała.
Chłopakowi ze zrezygnowania opadły ramiona. Puścił jej rękę i wyprostował się. Oddech już mu się uspokoił, ale policzki nadal miał zarumienione.
- Posłuchaj, naprawdę nie wiem, dlaczego uciekasz. Wiem tylko, że Cię pamiętam. Więc nie będę Cię trzymał na siłę. Ani szukał już nigdy więcej. Więc albo teraz odprowadzisz mnie do mojego domu i wszystko mi opowiesz, albo znikniemy ze swoich żyć. – Gakupo podrapał się zakłopotany w tył głowy. – Choć szczerze wolałbym tę pierwszą opcję, bo nie mam pojęcia, gdzie jestem i jak się stąd dostać do mojego domu.
Akurat zapaliło się zielone światło i dziewczyna mogła pójść w tę stronę, którą uznała za słuszną. W pierwszym momencie nawet skierowała swoje kroki w stronę pasów. Widząc to Gakupo tylko się smutno uśmiechnął, mruknął cicho „no to cześć” i odwrócił się żeby odejść w kierunku, z którego przybiegł. Miał nadzieję, że uda mu się rozpoznać jakieś charakterystyczne miejsca, które mijał biegnąc za dziewczyną i dzięki temu znajdzie się chociaż trochę bliżej domu.
Usłyszał, jak ktoś do niego podbiega, więc nieco się odwrócił. Różowowłosa dziewczyna zaczęła iść tuż obok niego, ale nie odezwała się ani jednym słowem. On też nie próbował na siłę nawiązać konwersacji. Wcześniejsze próby też nie za bardzo wypaliły, więc uznał, że po prostu sobie daruje.
Sprawdzał natomiast, czy dałby radę samem dojść do domu. Uśmiechał się, gdy widział punkty, które udało mu się zapamiętać i smucił, gdy zauważał, że jego towarzyszka się od niego oddala. Uznał, że w takich momentach to ona wybiera dobrą ścieżkę i szedł za nią.
W końcu udało im się bezpiecznie dotrzeć do jego domu. Stali przez chwilę pod klatką, jakby nie wiedzieli, co mają zrobić dalej.
- Chcesz wejść na górę? – spytał Gakupo spokojnie.
- Jasne – odpowiedziała po chwili dziewczyna, wyciągając rękę żeby wpisać kod do elektronicznego zamka. – Założę się, że dalej nie doczepiłeś klucza od klatki do tych od mieszkania? – spytała retorycznie. W tle pobrzmiewał dźwięk otwieranego zamka.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Zapomniałem – odparł z uśmiechem.
Weszli na górę, Gakupo przepuścił dziewczynę w drzwiach i zaprosił do środka. Poszedł od razu po coś do picia do kuchni i już wkrótce oboje, w niezręcznej ciszy siedzieli w salonie. Żadne z nich nie wiedziało, od czego zacząć.
- Opowiedz mi coś – poprosił chłopak, nerwowo wyłamując palce.

 W końcu Luka zaczęła cicho opowiadać ich wspólną historię. Od najdawniejszych początków aż do najgorszego zdarzenia. A Gakupo siedział i słuchał. Nie komentował w żaden sposób. Czasami się uśmiechnął, ale to była jego jedyna reakcja

środa, 22 lutego 2017

Part 1 - Mogę zostać

Krótki wstęp do Ao No Exorcist. Wydarzenia dzieją się zaraz po końcu pierwszego sezonu anime (nie wiem, czy powstał drugi nawet :D). Enjoy Misiaki


Westchnąłem ciężko idąc powoli korytarzem. Uratowałem świat, a oni czepiają się mnie, jakbym był przestępcą. Nosz do jasnej anielki. No ale dobra, mus to mus. Ta ich cała rada, czy jak tam lubią się nazywać, nie da mi przecież spokoju.
Stanąłem przed odpowiednimi drzwiami i włożyłem ręce do kieszeni. Skinąłem głową strażnikowi, że już jestem. I tak musiałem czekać, aż dostanie polecenie żeby mnie wpuścić. Rozejrzałem się. Skoro już tu byłem, mogłem zrobić chociaż tyle.
- Rin Okumura proszony na salę – rozległ się donośny głos strażnika.
Wow, wyjątkowo szybko się uwinęli. Może to już ostatni raz, kiedy tu stoję. Pewnie nie, ale przecież warto mieć marzenia, co?
Stanąłem na podium, tak, jak za każdym z poprzednich piętnastu razy. Od razu też przestałem ich słuchać. Wiedziałem, o co chodzi. Bali się mnie. Nie byli pewni, czy można mnie kontrolować. Dlatego zastanawiali się, czy można pozwolić mi na dalsze uczęszczanie do szkoły dla Egzorcystów. Powiedziałem już wszystko, co mogłem. Wydzierałem się, przerywałem im. Nie raz wyrzucono mnie za to z tej sali. Dlatego teraz tylko grzecznie czekałem i odpływałem myślami daleko stąd.
Po godzinie doszli do pierwszego sensownego wniosku. Że mogę zostać. Cóż to za zdziwienie. Jestem przecież tak przesiąknięty do szpiku kości złem, że aż wygnałem szatana z tego świata. Banda skretyniałych idiotów. Zacząłem słuchać tego, co mieli mi do powiedzenia. Specjalny dozór blablabla. Dodatkowy kurs blablabla. I tak Yukio będzie mnie tym zamęczać. Po co się tym stresować teraz? Dwa egzaminy na każdy wyższy stopień. Trochę niesprawiedliwe, ale też logiczne. Wolałem się nie kłócić żeby nie pogorszyć swojej sytuacji.
W końcu mnie wypuścili. Kiedy przyszedłem, było jeszcze jasno i środek dnia. Teraz słońce chyliło się ku zachodowi. Kto by pomyślał, że to zajmie tyle czasu. Poprawiłem miecz wiszący mi na ramieniu i ruszyłem w stronę domu. Nie chciałem używać specjalnego klucza, który dostałem od dyrektora. Chciałem nacieszyć się ostatnimi promieniami słońca i delikatnym wiatrem.
Gdy w końcu przekroczyłem próg akademika, który dzieliłem z bratem, ciemność gęstym całunem spowijała świat. Pierwszym, co dostałem na przywitanie, było solidne uderzenie w głowę od brata i masa pytań, gdzie się podziewał tak długo i czy zdaje sobie sprawę z tego, jak Yukio się martwił.
Chłopak zbyt młodszego machnięciem ręki. Był zbyt zmęczony całym dzisiejszym dniem i tylko marzył żeby z Ukobachiem coś ugotować na jutro. Gotowanie zawsze go odprężało, jednak dzisiaj nie mógł się na nim skupić. Nawet mały, przyjazny demon patrzył na niego z wyraźnym zmartwieniem w oczach. Rin wszakże prawie przypalił przygotowywane przez siebie danie, a takie rzeczy nigdy dotąd mu się nie zdarzały.
Okumura myślał o słowach Bona. O tym, który z nich pokona Szatana. I o Yukio, który w wieku 13 lat otrzymał uprawnienia Egzorcysty. I myśląc właśnie o nich podjął decyzję. Zrobi wszystko, co konieczne by spełnić swoje marzenia. Zostanie najsilniejszym egzorcystą, pokona Szatana i demony. No i przekona ludzi, że niektóre demony nie są aż takie złe. Taki Ukobach na przykład.

Wstawił przygotowane dania do lodówki i myśląc o swoim jutrzejszym planie dnia, położył się spać.